Robert Biedroń napisał na twitterze: „Przed sądami płonęły już znicze, teraz płoną ludzie” — i media piszą, że internauci się oburzyli. I nagle przestało być ważne, że to odpowiedź na skandaliczny wpis Joachima Brudzińskiego: „Tak właśnie kończy się wykorzystywanie tragedii śmierci Pana Piotra S. przez totalnych i ich medialnych pomagierów”.

Czyżbyśmy tak bardzo przywykli do narracji “partii panów”, że razi nas normalna konstatacja przyzwoitego człowieka. Czy też oczekujemy od niego czegoś więcej, i z tak wielką nadzieją patrzymy w słupskie okienko normalności, że nie godzimy się na jakikolwiek dyskurs z tamtymi, bo niechcący Robert staje się udziałowcem tego bagna.

Nie można zawsze stać obok, nie można nie reagować, nie można zamilczeć, nie można też zakrzyczeć. Dzisiaj podpalił się człowiek na wielkiej łące w pobliżu rzeszowskiego sądu. Trzy tygodnie temu Piotr Szczęsny spłonął na placu Defilad.

I absolutnie nie wolno tego porównywać — bo to kompletnie różne i nieprzystające sytuacje. Ale też nie wolno nam udawać, że to się nie stało. W dniu samospalenia Piotra Szczęsnego napisałem krótki tekst, którego fragmenty przypominam: “Są takie chwile i sytuacje, kiedy zarówno milczenie, jak i każde wypowiedziane słowo są nieodpowiednie. Niemniej milczenie wobec wielkiej ludzkiej tragedii jest niewybaczalne, a samobójczy akt desperacji jest taką tragedią. (…) Ciąży na nas wszystkich ogromna odpowiedzialność. (…) możemy jednak apelować o spokój i powstrzymanie emocji, czasem skrajnych i trudnych, ale często bardzo niebezpiecznych. Wierzę, że to, co się zdarzyło nie skończy się największą tragedią poświęcenia ludzkiego życia. Wiem też, że na nas wszystkich, ponad podziałami, ciąży odpowiedzialność, żeby to się już nigdy nie powtórzyło.”

I o to, żeby się to nigdy nie powtórzyło — w żadnej intencji — powinniśmy się najbardziej jako obywatele postarać.

Tagi: , , , ,

Komentarze