Do Rzeszowa w Bieszczady 1#2

Ziemioobiecanin w Rzeszowie
Marcin Szewczyk
Zobacz galerię gallery

Mamy różne wizje miejsc, których żyjemy. Zmieniają się, przekształcają, są fałszywe albo względnie prawdziwe. Co dopiero mówić o regionach, które są nam obce i odległe.

 

To, co funkcjonowało w mojej świadomości w XX wieku na temat Rzeszowa, to przede wszystkim podsuszana kiełbasa rzeszowska idealnie pasująca jako wkładka do łódzkich wariacji na temat żurku, barszczu białego i zalewajki. Jak rzeszowska to na pewno z Rzeszowa. Oczywiście, miała ona tyle samo wspólnego z Rzeszowem, co placki po węgiersku z Węgrami lub pierogi ruskie z Rosją. Właściwie można by także przywołać i samą nazwę Łodzi i jej herb. To doprawdy ironia losu (a może i ofiara losu) – miasto leżące na dziale wód Wisły i Odry z łódką w herbie.

W naszej (bo w tym miejscu mogę mówić za siebie i moich ówczesnych znajomych z Łodzi) cały region obecnie określany Podkarpaciem był szerzej czy węziej rozumianymi Bieszczadami. Ten południowo-wschodni zwężający się skrawek Polski z wówczas co najmniej trzema województwami znany był nam przede wszystkim z jednej z ksiąg „Tytusa Romka i A’Tomka”, „Ogniomistrza Kalenia”, „Wolnej soboty” i „Siekierezady”.

 

 

Niehistoryczne skojarzenia podsuwały mi obrazy niewysokich, choć zalesionych i dzikich gór, w które jeździli przede wszystkim harcerze. Harcerskość Bieszczad potwierdziła mi się jeszcze w latach 90., kiedy to dwa razy trafiłem na bieszczadzkie szlaki i podczas wędrówek słyszałem o wiele częściej „czuwaj” niż tradycyjne „cześć”. Zakonnik, z którym wędrowałem, konsekwentnie odpowiadał „na wieki wieków”. Raz tylko odważyłem się wykazać własną inwencją i wypaliłem „sam se czuwaj”. W tym czasie miałem lekki uraz do harcerstwa po tygodniowej przynależności do Harcerskiej Drużyny Wodnej. Oczywiście w Łodzi.

 

Wracając jednak do początków budowania mojej świadomości o Podkarpaciu, jego wizerunku nie zmienił drastycznie pierwszy w moim życiu wiosenny wyjazd na wycieczkę w Bieszczady. Także sam Rzeszów nie zaistniał intensywniej w mojej świadomości. Zatem najpierw był nocny pociąg z Łodzi. Być może przejechał nawet przez obecną stolicę województwa. Potem przesiadka w Przemyślu znanego mi już z „Monachomachii” Ignacego Krasickiego, połączona z intensywnym rozglądaniem się za licznymi wieżami kościołów i opasłymi mnichami. Tam też na dworcu kolejowym moje horyzonty poszerzone zostały w dość wstrząsający sposób – było to moje pierwsze zetknięcie ze słynnymi „nartami” w miejsce sedesu. Do tej pory uważam – nie bezpodstawnie, bo w oparciu o własne doświadczenia podróży w kierunku wschodnim – że jednym z wyznaczników granic Europy na wschodzie jest dominacja (niekiedy wręcz monopol) owych „nart” w toaletach publicznych.

Potem był Zagórz, pociąg z drewnianymi siedziskami znanymi tylko ze starych, czarno-białych filmów, PKS i Ustrzyki. Powiedzieli nam, że to tu. Niezbyt wiele można było wówczas powiedzieć o Ustrzykach Górnych. Był stary drewniany budynek schroniska wyglądającego jak barak (nie był to jednak Kremenaros i budynek był raczej zlokalizowany gdzieś na miejscu obecnego Hotelu Górskiego PTTK lub campingu), gdzieś na uboczu jakieś pojedyncze domy i miejsce z przystankiem autobusowym i drewnianą budą, w której chyba można było kupić piwo.

I tyle. Oto i całe Podkarpacie.

To jeszcze nie koniec… (tu ciąg dalszy)

 

Tagi: ,

Galeria

Komentarze