Zdjęcie: Archiwum prywante

Zobacz galerię gallery

Blog to typowo miejski miał być, więc od czasu do czasu wrzucę coś o miastach do których pognałem goniony głodem poszukiwania mądrych pomysłów i rozwiązań na miarę Smart City.

Gdzieś w październiku zeszłego roku poczyniłem małą, kilkuzdjęciową, wrzutkę z Kopenhagi, gdzie udałem się za Maćka Łobosa przewodem. Ujrzeć w rzeczywistości mega smart projekt spalarni. Tym razem zajrzałem do kolejnego z miast-ojców idei smart city – Amsterdamu.

Od marca zeszłego roku, od naszej dyskusji „SmartTourismTurystyka w nowoczesnym mieście jeszcze mocniej frapuje mnie kwestia turystycznego produktu w miastach. W Rzeszowie z jego kreowaniem idzie nam na razie, delikatnie mówiąc,takse”. Holandia i Amsterdam będąc nieco na uboczu głównych transportowych korytarzy europejskich, nie będąc z kolei wielką 10 milionową metropolią jawią się tu za to niezwykle interesująco i inspirująco. W tej dziedzinie, kreacji turystycznych produktów, są znakomici. Produktów wymieniać można mnóstwo, jak choćby: kanały i biegnące nimi śródlądowe trasy turystyczne, sieć ścieżek rowerowych, wiatraki, malarstwo flamandzkie, naturalnie diamenty, futbol totalny, sery, a nawet chodaki oraz oczywiście ziółka cofeeshopach i dzielnica czerwonych latarni. Odnieść można wrażenie, że są tu naprawdę mistrzami marketingu – stosunkowo mały kraj a tyle powszechnie znanych flagowych produktów, wymienianych jednym tchem w liczbie kilkunastu.

Mnie korciło przyglądnięcie się szczególnie jednemu produktowi/fenomenowi przyciąga w każdym sezonie ponad 1,1 mln turystów. W ciągu 2 miesięcy, bo tyle funkcjonuje każdego sezonu. Cóż to takiego? 32 hektarowy ogród i kwiaty, konkretnie bulwy, konkretnie tulipanyKeukenhof. Na pierwszy rzut oka niby nic nadzwyczajnego, ogród przy pałacowej posiadłości jakich wiele w Europie i kwiaty, których przecież w innych ogrodach nie brakuje. A jednak kiedy na tychże 32 hektarach posadzi się 7 mln bulw/cebulek kwiatowych i doda pomysł na marketing (i pieniądze oczywiście) to ściągają w to miejsce tłumy z całego świata. A reklamowany jest konkretnie – najpiękniejszy wiosenny ogród na świecie bez ceregieli. Tak jak trzeba w dzisiejszym świecie.

Zdjęcie: Archiwum prywante

Historia Keukenhof, czyli “ogrodu kuchennego”, sięga XV wieku, kiedy to hrabina Jacqueline z Bawarii, Jacoba van Beieren (1401–1436) zbierała owoce i warzywa z lasu i wydm do kuchni z zamku w Teylingen. Sam zamek Keukenhof został wybudowany w 1641 roku, a posiadłość z czasem wzrosła do powierzchni ponad 200 ha. 
Architekci krajobrazu Jan David Zocher i jego syn Louis Paul Zocher, którzy również zaprojektowali Amsterdam Vondelpark, przeprojektowali ogrody zamkowe w 1857 roku. Park zorganizowali w angielskim stylu krajobrazu i do dziś stanowi on podstawę Keukenhof.

W 1949 r. grupa 20 eksporterów cebulek kwiatowych wymyśliła plan wykorzystania terenu na stałą ekspozycję bulw kwitnących wiosną, co dało początek ogrodom Keukenhof rozumianym jako park wiosenny. Park otworzył swoje bramy publiczności w 1950 r. i odniósł natychmiastowy sukces. Już w pierwszym roku odwiedziło go 236.000 zwiedzających.

Wspomniane tłumy w szczycie sezonu odwiedzin Keukenhof poświęcić muszą sporo czasu i pieniędzy aby tulipanowe dywany móc na oczy własne zobaczyć. Dotarcie z Amsterdamu (a w sumie to przecież blisko) zajęło mi niemal 3 godziny. Najpierw metrem na Centraalstation, potem pociągiem pod lotnisko Schiphol gdzie trzeba przesiąść się na autobus do Keukenhof. Lecz aby do niego wsiąść trzeba ponad godzinę dzielnie odstać w dłuuuugo ciągnącej się kolejce. I wreszcie spędzić niemal godzinę w autobusie jadącym na około (by ominąć korki na drogach dojazdowych do parku). Autem droga wśród potężnych korków wcale nie jest krótsza, najlepiej rowerem ale w meandrach gęstej sieci rowerowych ścieżek dla nieobytego, nawet z nawigacją nie jest to sprawa taka prosta. Co więc pcha takie tłumy, tak zdeterminowane by tam dotrzeć? Zastanawiałem się przez całą podróż, i już lekko zirytowany długą trasą dotarcia wchodząc do Keukenhof trochę nie dowierzałem, że męczyć się tak było warto.

Ocenę czy warto zostawiam Wam czytelnicy, na podstawie moich zdjęć amatorskich (a kto chce łatwo w necie znajdzie profeski). Ja napiszę tylko, że wyszedłem w dobrym nastroju po spędzonych tam 6 godzinach. Nie o tulipanach bowiem chciałem tu pisać a kilka refleksji o fenomenie produktu turystycznego w dzisiejszym świecie.

Po kilku rozmowach z holendrami nietrudno było określić źródła czy też metody, które zadecydowały u sukcesie Holandii na tym polu. Można by zawrzeć je w trzech obszarach – oryginalność; — segmentacja turystycznego rynku i odpowiednie targetowanie oferty; — konsekwentny i kosztowny marketing. Tylko tyle i aż tyle. Nie trzeba więc wymyślać prochu ale poszukać tego co się już ma, lecz coś czego inni nie mają albo mają mniej lub się nie chwalą. Nie reklamują swoich plaż bo z hiszpańskimi nie wygrają, ale kanały i rejsy śródlądowe. Nie wina lecz kwiaty.

Zdjęcie: Archiwum prywante

No właśnie kwiaty. Produkt niezwykle romantyczny, przyciągający rzesze młodych, a więc najbardziej perspektywicznych turystów. W dobie ogromnego, globalnego zapotrzebowania na oryginalne, kolorowe, optymistyczne tła do selfi – produkt jak znalazł! To także przejaw segmentowania i prawidłowego targetowania oferty. Oni, ci młodzii nie tylko, będą tu wracać. Odświeżać romantyczne wspomnienia wiosennych dni spędzonych na kocu, na trawniku pośród milionów kwiatów. Czyż nie genialne, marketingowe pociągnięcie?

I na koniec pytanie refleksja – asumpt do dyskusji. Czy na Podkarpaciu, w Rzeszowie mamy pomysł — najlepiej oryginalny, a może oklepany ale w nowym ujęciu – produkt turystyczny skierowany do młodego turysty? Pomysł na produkt, wspomnienie które będzie nosił w sercu podczas wielu kolejnych lat i podróży. Wspomnienie, które kusiło do powrotu.

Czy my tu wiemy czym chcemy innych zachwycić? Czy powtarzamy puste slogany?

Tagi: , , ,

Galeria

Komentarze