Smacznie choć inaczej 2#2

Ziemioobiecanin w Rzeszowie
Marcin Szewczyk
Zobacz galerię gallery

 

… ciąg dalszy.

 

Na pieczywie o kuchni nierzeszowskiej lecz łódzkiej skończyłem i od pieczywa jako jego bezwzględny smakosz rozpocznę.

To było jedno z kolejnych zderzeń moich oczywistych oczekiwań z tym, czego doświadczyłem w Rzeszowie. Praca pracą, jednak i zjeść coś trzeba. Zatem w sobotę około godziny 23:00 wybrałem się na poszukiwanie  nocnego sklepu. Niezawodna metoda pytania taksówkarzy (lub policjantów – jak kto lubi) zadziałała i tym razem i znudzeni panowie wysłali mnie do jednego (był rok 2003) nocnego sklepu przy dworcu. Pierwszym zaskoczeniem była jego wielkość. Nigdy nie byłem w tak dużym sklepie nocnym (Tesco jeszcze nie funkcjonowało 24 godziny na dobę). Drugie dotyczyło pieczywa.

Nauczony (nie tylko) łódzkim doświadczeniem byłem przygotowany na zakup deseczek Wasy lub innego równie zdrowego substytutu. A tymczasem… Chleby, chlebki, rogale, bułeczki kręcone, z makiem, z solą, z sezamem, bagietki… I wszystko świeże. W sobotę w nocy?! W Łodzi byłoby to nie do pomyślenia. Poczułem się jak mały łasuch zamknięty na noc w sklepie ze słodyczami.

Kupiłem wtedy głównie pieczywo. Różne. I kostkę masła. Wystarczyło.

Pieczywo w Rzeszowie wciąż jest bardzo dobre i bardzo różnorodne. I nie chodzi o ekologiczne stoiska, zakup wprost z piekarni i neo-post-hipserskie specjalne miejsca z tradycyjnymi recepturami i nietradycyjnymi cenami. Chodzi o codzienną zwykłą średnią. Bo w większości dużych miast oczywiście można kupić dobre pieczywo. Trzeba jednak wiedzieć gdzie. W Rzeszowie można wejść do sklepu spożywczego typu sklep spożywczy zwykły i po prostu się pozachwycać pieczywem.

Nie ma jednak w Rzeszowie „angielki”. W Polsce to co jest do niej podobne (choć nią nie jest) nazywane jest bardzo różnie. Może być to berka (Podhale), baton (Kotlina kłodzka), bagieta, bułka paryska, bułka wrocławska (Kielce), bułka kielecka (Wrocław), weka (Kraków), linga,  a na Podkarpaciu bina lub sztangiel. Jednak żadne z nich nie ma charakterystycznego wrzecionowatego kształtu, wielkości, przekroju, gładkiej skórki bez pęknięć, dość gęstej struktury wewnętrznej, ani przede wszystkim smaku. Niestety najbardziej tradycyjna „państwowa” angielka zniknęła także z Łodzi. Kilka lat temu upadłość ogłosiła najlepsza i największa piekarnia Społem. Reszt łódzki angielek to prywaciarskie podróbki.

 

 

Zostawmy jednak pieczywo i Łódź.

O wiele bardziej interesujące są zderzenia oczekiwań kulinarnych. Otóż zamówiłem kiedyś w jednej z rzeszowskich restauracji gołąbki. Te w kapuście. Po doświadczeniach z różnych miejsc w Polsce upewniłem się, że są w sosie pomidorowym, że zawinięto je w kapustę (szkoda, że nie włoską) i że są gotowane a nie pieczone. Jednak nie zadałem odpowiedniego pytania. W końcu nie pytamy o rzeczy oczywiste i pewne. Jak się okazało nie aż tak oczywiste. Gołąbki były wypełnione ziemniakami. Widok mojej zaskoczonej miny musiał być bezcenny. Kelnerka nawet nie zrozumiała mojego pytania o nadzienie. A ja tylko chciałem wiedzieć co się stało z tym co jest w każdym gołąbku. Gdzie mieszanka mięsa mielonego i ryżu?

Innym razem, jako dodatek do dania zamówiłem kapustę gotowaną. Dostałem bigos. Gdy powiedziałem to kelnerce usłyszałem „to nie widział pan naszego bigosu”. No nie widziałem. Zwykłej gotowanej kapusty też nie. I tak było kilka razy. Na bogato. A przecież gotowana kapusta jako dodatek to albo kapusta słodka albo kiszona, porządnie rozgotowana, może z jakimś pomidorowym dodatkiem, na koniec obrzucona mączną (niezbyt tłustą) zasmażką. Taka zwykła, codzienna, zasmażana, trochę biedna  – „barowa”.

I taka kapusta, jednak w wersji kiszonej, idealnie pasuje (mogą być też buraczki, ale na ciepło!) z dużą ilością sosu wołowego i kawałkiem mięsa do… klusek na parze. Inaczej klusek drożdżowych. Można je nazwać pampuchami, choć nie jest to już ortodoksyjne. Ale nazywać je pyzami? Wciąż potrafię dostarczyć dużo radości ekspedientkom w rzeszowskich sklepach. Łódzkie kluski na parze to rzeszowskie pyzy. A pyzy? Też pyzy. Ale jak to z sosem? Przecież te „pyzy” na Podkarpaciu są nadziewane owocami.

Tak. Słyszałem o tym. Ale żeby pyszne i delikatne, wręcz stworzone do nasiąkania sosem kluski na parze bezcześcić takim nadzieniem?

 

 

W ciągu ostatnich kilku lat poprawiła się w Rzeszowie sytuacja z ogórkami. Tak tak. Z ogórkami. Ale nie z każdymi, tylko konkretnie z ogórkami małosolnymi. Smakowi puryści takiego sposobu przygotowania ogórków obstają przy tym, że idealny smak uzyskuje się gdy woda ostygnie. Potem dochodzi do dalszego kiszenia i ogórek małosolny zmierza w kierunku kiszonego. Jednak w Rzeszowie problem nie sprowadza się do tego jak długo są przygotowywane, tylko do tego, że naprawdę rzadko można je dostać. Rzeczywiście od kilku la w sezonie nowalijkowym i późnowiosennym w wielu sklepach można na nie trafić. Ale nie w każdym i nie przez cały rok. W Łodzi i na północy Polski jest to normą. Z moich obserwacji wynika, że im dalej na północ, tym kultura (częstotliwość) spożywania ogórków jest jednak większa.

Odrębną i już typowo językową (regionalną) kwestią jest to, że ogórki się kisi uzyskując ogórki kiszone, a nie kwasi otrzymując kwaszone…

 

Na koniec jeszcze jedna tajemnica łódzkich sklepów i kulinariów.

Czarne”.

Nie ma sensu pisać o jego składzie. Tak jak miłośnicy salcesonu i kaszanki generalnie nie chcą myśleć o tym, co zostało pocięte, zmielone, wymieszane aby stworzyć te produkty. Zainteresowani zawsze mogą poklikać i doczytać.

Czarne jest czarne. Z białym (słonina).

 

 

Łódzka nazwa handlowa – „krwiste”. W masarstwie nazywane jest „kiszką łódzka” i jest produktem regionalnym. W smaku jest lekko słodkawe, z cynamonowym (chyba) posmakiem, od innych „kiszek” i „bułczanek” odróżnia się właśnie charakterystycznymi białymi elementami.

Podaje się je zawsze w plasterkach i lekko posolone. Może być na surowo. Może być też wysmażone (niemalże na skwarek). Wtedy to idealna przekąska. I to z kategorii tych, które mogą zastąpić zimne nóżki (studzieniną zwane), śledzika lub kiszonego ogórka.

Na podstawie prób i testów z co najmniej kilkunastu ostatnich lat, mam wrażenie, że aby polubić czarne, trzeba mieszkać w Łodzi od urodzenia. Zachęcam jednak do sprawdzenia samemu.

 

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Galeria

Komentarze