Do Rzeszowa w Bieszczady 2#2

Ziemioobiecanin w Rzeszowie
Marcin Szewczyk
Zobacz galerię gallery

 

… ciąg dalszy.

 

Od 2003 roku zacząłem regularnie przyjeżdżać do Rzeszowa. Zbieg okoliczności, propozycja dodatkowej pracy, możliwość tworzenia czegoś nowego, budowania od podstaw. Prawdziwe wyzwanie. Od tego momentu moja wizja stolicy Podkarpacia zaczęła się rozwijać.

Gdy pierwszy raz trafiłem do centrum miasta, wrażenie było piorunujące. To, co zapamiętałem, to ogromny tłum, budynki rozświetlone olbrzymią liczbą neonów i wielki, chaotyczny ruch samochodowy. To było skrzyżowanie przed kwitnącą wówczas Europą 2. Nieco się od tego czasu zmieniło. Sam budynek centrum handlowego pozostał, choć nie przyciąga już tylu klientów, tłum – poza godzinami szczytu przesiadkowo-dojazdowego – przesunął się w inne części miasta, neonów jest o wiele mniej, ruch uliczny nie zmalał, ale jest bardziej uporządkowany.

 

Jakiś czas później dowiedziałem się, że jadąc zimą do Rzeszowa, powinienem wozić ze sobą worek piasku i łopatę. W końcu to góry i tam jest dziko. Na pewno nie odśnieżają, bo przecież zimą jeżdżą tam saniami, do których zaprzęgnięta jest trójka koni (jak na rosyjskich obrazach), albo ci bogatsi – traktorami. W końcu jadę na Wschód. A jak wiadomo – Wschód jest siermiężny, stamtąd zawsze przychodzą barbarzyńcy i tam są dzikusy. Tak jak dla Francuzów – Niemcy, dla Niemców – Polacy, dla Polaków – Ukraińcy, a dla Ukraińców – Rosjanie albo Kazachowie. Wschód to Wschód i rządzi się swoimi prawami. A w Rzeszowie na pewno mieszkają sami Ukraińcy i mało kto mówi po polsku.

Jak się okazało, nie tylko ja miałem takie doświadczenia z opiniami na temat obecnej stolicy Podkarpacia. Kilak lat wcześniej jedna z koleżanek z pracy – także dojeżdżająca z tego samego kierunku, co i ja – otrzymała w prezencie od rodziny futro (a może był to gustowny kożuszek?), które miało jej zapewnić ciepło, komfort tam, o tam daleko, gdzieś pod granicą na Wschodzie.

Pomimo obaw znajomych nawet zimą bez większych problemów udawało mi się dojechać do Rzeszowa. Co więcej jadąc przez trzy województwa, zimą to właśnie na Podkarpaciu drogi były i najszybciej, i najlepiej odśnieżone. Najgorzej – taki już urok środkowej Polski – było w okolicach Łodzi. Zapewne wynika to z gotowości służb drogowych i utrwalonej na Podkarpaciu wiedzy tajemnej, że zimą jest śnieg. A nawet jeśli go nie ma, to w każdej chwili może się pojawić. Natomiast względnie ciepłe zimy wzbudzają u łódzkich drogowców nadzieję, że śniegu nie będzie, a budżety na tak egzotyczną czynność jak odśnieżanie sukcesywnie są ograniczane.

 

Myśl o bliskości Ukrainy w Rzeszowie jest bodaj równie odległa jak w Łodzi myśl o Niemczech. Pomimo tego przez kilka pierwszych lat mojej pracy w tym mieście jeden z moich znajomych z  Łodzi każdorazowo, gdy do mnie dzwonił, pytał czy jestem na Ukrainie. W końcu Rzeszów to taka polska Ukraina w Bieszczadach. A swoją drogą, nigdzie nie spotkałem tak mało polskiej młodzieży umiejącej czytać cyrylicę, jak właśnie w Rzeszowie.

Zresztą zbieszczadziałe patrzenie na Rzeszów nie jest tylko domeną mieszkańców miast wojewódzkich. Dwa lata temu w Mikołajkach (to jedna z większych miejscowości na Mazurach, a Mazury to to nagromadzenie ogromnych zimnych jezior daleko od Rzeszowa, gdzie jego mieszkańcy – jak wynika z moich obserwacji – zasadniczo nie jeżdżą) właściciel restauracji ucieszył się „A… Rzeszów. Tam się poluje na muflony”. Ufff. Muflony. Te z zakręconymi rogami? W Polsce występuje tylko w okolicach Jeleniej Góry i Świeradowa.

Najbardziej mnie chyba zabolało, kiedy przeczytałem wypowiedź „rzeszowskiego studenta”. Stwierdził, że Rzeszów „to świetna baza wypadowa w Bieszczady”. Niewątpliwie. Podobnie jak Łódź to dobra baza wypadowa nad morze. Samochodem jedzie się tyle samo czasu z Łodzi do Gdańska, jak z Rzeszowa do Wetliny. Sprawdzone w praktyce.

Oczywiście zbudowanie pełnej trasy eSileś z Rzeszowa do Barwinka zmieni nieco tę sytuację. Na razie jednak odległość i czas potrzebny na dojazd z Rzeszowa w Bieszczady jest dokładnie taki sam jak dojazd z Rzeszowa do Starego Sącza, czyli w Beskid Sądecki.

 

 

Obecnie jeśli ktoś już (przypadkiem i po drodze w Bieszczady) trafił do Rzeszowa, to albo zapamiętał okolice dworca, albo trafił na Rynek, zapadając się przy okazji pod ziemię (zwiedzając Podziemną Trasę Turystyczną). W ostatnim wiele osób z Polski utożsamia Rzeszów z lotniskiem i Podkarpackim Parkiem Naukowo-Technologicznym.

Wizerunek Rzeszowa w Polsce wydaje się być jednym z najbardziej zdeformowanych wizerunków polskich miast wojewódzkich. Na pocieszenie jednak z czystym sumieniem drugie miejsce w tej kategorii mogę przyznać Łodzi.

Tagi: , ,

Galeria

Komentarze