Craiova, Rumunia, 04 maja 2017

Dzień dobry. Nazywam się Zarański, Maciej Zarański. Należę do generacji nazwanej przeze mnie „przejściówką”. Dlaczego? Już wyjaśniam. Czterdzieści i cztery lata to wiek, który pozwala na to, żeby dobrze pamiętać czasy chylącej się ku upadkowi „komunie”. Świadomie przeżyć czasy „transformacji” i brać czynny udział w obecnych, równie skomplikowanych procesach. Kiedy tworzyłem swoją ścieżkę kariery, wtedy nazywanej po prostu „co chciałbym robić w życiu”, mimo młodego wieku, podjąłem decyzję, że chcę zebrać jak najwięcej doświadczeń, które w miarę szybko pozwolą mi na dostosowanie się do bardzo dynamicznego rynku pracy lat dziewięćdziesiątych i stworzą mi szansę na awans, płacę i ciekawe, nie banalne zajęcie. Podstawą tego założenia była ciężka praca. Czasami nawet kilka prac, które pozwalały mi na utrzymanie się na poziomie przetrwania. Mieszkanie, jedzenie, podstawowe potrzeby. Żadnych wakacji last minute, iPhona, komputera czy zakupów na Allegro. Wszystkie te rzeczy nie istniały w tym czasie.

Zmiany miejsca zamieszkania wprowadziły mnie w krąg pionierów wewnętrznej migracji zarobkowo-rozwojowej. W miarę rozwoju komputerów i internetu (Czytelniku, miej na uwadze, że urodziłem się w czasach czarno-białych odbiorników TV a obecnie siedzę w Krajowej w Rumunii, korzystając z połączenia on-line), zostałem jednym z pierwszych dyrektorów, zarządzających zdalnie pracą biura współpracy międzynarodowej, w jednej z uczelni w centralnej Polsce. Długo by opowiadać o rzeczach, które robiłem po to, aby w końcu trafić na, jak mi się wtedy wydawało, ziemię obiecaną rozwoju. Jeden z uniwersytetów we Wrocławiu. Dla mnie to była olbrzymia szansa na przekazanie mojego skromnego, oddolnego doświadczenia biznesowo-organizacyjnego. Trafiłem tutaj na wielu wspaniałych ludzi, od sprzątaczek po rektorów. Jednak to co mnie najbardziej uderzyło, ale i zmotywowało to…niemoc. Dla osoby, która znalazła się w nowej organizacji, ze stabilnym budżetem i prawie nieskończonymi możliwościami taka sytuacja powinna być wyzwaniem. „Im gorzej, tym lepiej” pomyślałem. Będę mógł wykazać się organizowaniem projektów, które nie tylko będą innowacyjne ale będą rozwiązywać codzienne problemy i przynosić zysk dla wszystkich partnerów! Dlatego powstał program Fundacji klubu Innowatora. Nie do wdrożenia od 8:00 do 16:00, jednak po godzinach pracy realizowany z sukcesami! Po kilku latach pracy zauważyłem, że „impotencja” wdrożeniowa, nie dotyczy jedynie mojej uczelni, która dała mi niesamowitą szansę jedynie „nie przeszkadzając” w działalności po przyjętych godzinach pracy. To choroba, która zatacza o wiele szersze kręgi. Co ją wywołuje w wielu organizacjach i instytucjach? Chyba zadałem złe pytanie. Co dzieje się z ludźmi, że nie chce im się chcieć? Moim zdaniem jest to fałszywe poczucie bezpieczeństwa i całkowite zagubienie instynktu samozachowawczego. Czegoś, co w niższych formach organizacji, albo mówiąc językiem ideologicznym — „niższych klasach”, jest podstawą przetrwania. Zacznijmy od głowy. Wiem ile ryzykuję pisząc te słowa ale hej! Czy to nie prawda powinna nas wyzwolić? Przyznaję, jest to moja prawda, ale jestem w stanie polemizować z każdym, kto wytknie w tym rozdziale moją błędną interpretację. Jestem w Przestrzeni Otwartej dla idei, analiz i co najważniejsze, rozwiązań. Skutecznych rozwiązań. Najważniejsze przecież jest zdiagnozowanie choroby i wyleczenie się z niej. Czyż nie tak postępujemy w codziennym życiu? Idąc do lekarza, przepraszam za język, z glutami wiszącymi do pasa, nie tłumaczymy sobie tego stanu ciasnymi butami, albo zeszłorocznym śniegiem. Wracając do „głowy, która psuje się od góry”. Pamiętam jedno ze spotkań we Wrocławskim Centrum Transferu Technologii na konferencji promującej utopijną wizję (popartą wielomilionowymi dotacjami) przekształcenia naukowców w dynamicznych biznesmenów. Dla mnie, wtedy asystenta prorektora ds. rozwoju uczelni z dwuletnim stażem ale również z doświadczeniem biznesowym, słuchanie tego było jak przesuwanie styropianem po szkle. Zapytałem (za pozwoleniem mojego przełożonego) pewnego respektowanego przez środowisko akademickie profesora prowadzącego spotkanie, czy nie uważa, że odciąganie naukowców od ich podstawowej pracy — badań — i próby stworzenia z nich skutecznych biznesmenów, które jest skuteczne w proporcji 1:100 nie jest stratą czasu i pieniędzy? Czy nie lepiej było by po prostu zatrudnić biznesmenów, managerów w uczelniach? Konsternacja na jego twarzy, skromny uśmiech i odpowiedź „być może jest w tym trochę racji o czym Pan mówi” spowodowała, że zawładnęła mną wszechogarniająca chęć do udowodnienia mojej tezy. Naiwnie myślałem, że naukowcy, którzy dostrzegą tworzoną przeze mnie platformę, gdzie swobodnie, bez przeszkód będą mogli realizować swoje badania i co najważniejsze, wdrażać je z sukcesem, powiedzą „Panie Maćku! Wchodzimy w to! Tego właśnie potrzebowaliśmy!”. Albo przynajmniej „proszę wyjaśnić jak to się ma do naszej uczelni?”. Zamiast tego, pomimo sukcesów zewnętrznych, nie wydarzyło się zupełnie nic. Przechodząc piętro niżej, na poziom doktorów i doktorantów (będzie to bardzo szybkie przejście), zdiagnozowałem epidemię, którą ogarnięta jest cała Europa. Nazywa się ona PUNKTOZĄ. Tu zakończę wątek, bo będę chciał go rozwinąć w jednym z dalszych rozdziałów. Dla osób obeznanych z tematem ta nazwa powie wszystko. Inni muszą poczekać. Jesteście gotowi na przejście poziom niżej? Najważniejszy poziom w tworzeniu rzeczywistości i przyszłości? To jedziemy! Studenci. OMG! Ponad osiem lat pracy ze studentami pozwala mi na ułożenie liter w bardzo obrazoburcze stwierdzenie. NIE JESTEŚCIE ELITĄ! Poza kilkoma przypadkami, z którymi miałem niesamowitą przyjemność pracować (tak! pracować), jesteście okłamywani! Absolwent, który po studiach wypełnia faktury, zarządza biurem, sprzedaje, a w efekcie końcowym, sfrustrowany wyjeżdża za granicę, żeby być „cleaning manager” nie jest elitą! To pracownik oszukiwany przez „autorytety”, że jest czymś więcej. Absolwent wierzący, że po skończonych studiach ustawi się do niego kolejka pracodawców i możliwości, jest jak małe dziecko wierzące w Świętego Mikołaja rozdającego prezenty grzecznym dzieciom, którzy mają zaliczone przedmioty „na maksa” i wycieczkę z Erazmusa. Kim dla mnie jest „elita” absolwentów? To ludzie, którzy TWORZĄ MIEJSCA PRACY w oparciu o swoją wiedzę i największą innowację w Polsce, która powinna być wdrażana i utrzymywana po wsze czasy. Gotowi na kolejny „Yoda moment”? NAUKA PRACYZESPOLE. Gdzie przechodzi się praktyczne kursy prowadzenia firmy, tworzenia biznesplanów, szukania nisz produktowych, usługowych? No gdzie? Na kursach start-upów? Egoistycznego podejścia przeżerającego pieniądze podatników? Na studiach? Czy ktoś z Was, studenci poznał swoją branżę pracując w biznesie reprezentującym Waszą dziedzinę, którą wybraliście (albo wybrali Wam ją Wasi rodzice) jeszcze przed skończeniem studiów? Praktyki? Pieczątka na zaświadczeniu i kilka tygodni wolnego, żeby spełnić wymogi uczelni… Serio? Na tyle Was stać? Tyle robicie dla własnej przyszłości? Nie dziwcie się później, że zakończenie studiów będzie dla Was jak wrzucenie do basenu bez dna, pełnego zimnej wody. Chwytacie się wtedy wszystkiego i krzyczycie głośno „Nie tak miało być! Nie godzę się na to!”. Trzeba było myśleć o tym wcześniej. Zamoczyć stopę, wejść pod prysznic, nauczyć się pływać. Nie dać się okłamywać, że punkty ECTS za zaoczny kurs pływania nie pozwalają Wam dotrzeć do upragnionych wysp z palmami, promowanych przez różne programy.

Do wszystkich wymienionych w tym rozdziale. Chciejcie chcieć się rozwijać. Pływajcie w różnych basenach. Szukajcie prawdy. Nurkujcie zanim wypłyniecie na szerokie wody życia. Jak każdy moment nauki nowego w praktyce będzie boleć. Będzie nieprzyjemne, ograniczy Waszą wolność, poczucie wartości i zakwestionuje Waszą pozycję. Będzie wymagać od Was profesorowie, doktorzy, studenci, biznesmeni, wejścia na akwen, którego nie znacie. Czasami nawet zaprojektować zbiornik, do którego sami, powoli napuścicie wodę i zaprosicie innych do korzystania ze swojego aquaparku, zarabiając na tym wymarzone pieniądze po wielu latach CIĘŻKIEJ PRACY. Nic nie dzieje się natychmiast, dokładnie tak jak w przyrodzie. Dostrzeżcie i uszanujcie pory roku. Nie spędzajcie swojego życia na „all inclusive”, które pozbawi Was pieniędzy i wyposaży w przyjemne ale nie praktyczne doświadczenia. Szukajcie, pracujcie, nauczcie się ryzykować, popełniać błędy i cieszyć się owocami pracy własnych rąk i głów, współpracując z innymi. Za własne pieniądze i czas. Teraz.

MZ

Komentarze