Zdjęcie: Maciej Rałowski / ralowski.pl

Zobacz galerię gallery

Przejechałem kawałek Polski w te i wewte i jak zawsze wpadłem na jakieś Polskie Drogi, które niby skrótem czasem donikąd prowadzą. Tam gdzie czas się zatrzymał, gdzie centrum handlowe to stary sklep GS, stacja benzynowa to taki “cepeenik” na dwa dystrybutory i znudzonego nalewacza w poplamionych ogrodniczkach, a przystanki autobusowe to kawał pomalowanej na żółto blachy.

Tam asfalt wije się poorany jakimś dziwnym rodzajem nieznanej nikomu perforacji, a człowiek to niespotykana istota mimo środka dnia i pełni słońca. Pustka, próżnia, nothing, nic — kilkadziesiąt kilometrów drogi przez “nowhere” na południe od Radomia, a nie na pustyni pod Vegas.

Nie, nie ma krów, kóz, kur i innego drobiu, nie błąkają się nawet bezdomne psy. Tu sklepik U Władzi martwy całkiem, tam martwe co inne i nawet bar Pod Dębem nie przyciąga nikogo spienioną pianą pełnych kufli. Wszystko jak w jakimś post apokaliptycznym świecie neutronowych bomb, jak po zakończeniu Ostatniego brzegu, jak … w Polsce w okolicach Zwolenia?

Na czarnoleskiej ziemi Kochanowskiego, w prastarej kolebce kultury i języka, gdzie ta ówczesna renesansowa nowoczesność dzisiaj tylko blachy kawałkiem na przystanku, do którego pewnie autobus raz dziennie dociera.

Tu nie ma Unii, rządu, opozycji, nie ma lewicy i prawicy, nie ma beneficjentów wolnej Polski, ani poszkodowanych przez system. Jest tylko czysto i schludnie, a wieczorem pewnie leci Dziennik i film z Van Damme’m.

Taki kawałek Polski zapomnianej przez wszystkich, bo Pan Bóg pewnie też już tutaj nie zagląda.

Pewnie jest ich dużo więcej.

Galeria

Komentarze