Nie po drodze z NGO

Podkarpackie Razem
razem

fot. Przemo Kita

Zobacz galerię gallery

Na początku maja, już czwarty rok z rzędu, odbywa się w Przemyślu „Bike Town”. Jest to impreza rowerowa, niezwykle widowiskowa, w ramach której rowerzyści wykonują skoki i akrobacje w powietrzu, zjeżdżają stromymi ulicami miasta, nie omijając schodów i przeszkód, szaleją na specjalnie uformowanych torach i pagórkach i biorą też udział w maratonie dookoła miasta. A wszystko to w niezwykłej scenerii, jaką jest zabytkowa miejska tkanka Przemyśla. Impreza ta jest wyjątkowa pod wieloma względami  i nie miejsce tu, aby opisywać wszystkie jej walory szczegółowo (chętnych zapraszam do Przemyśla w następny długi weekend majowy, a kto nie może się doczekać przyszłego roku, powinien pooglądać zdjęcia akrobatów z attykami przemyskich kamienic w tle).

Wspominam dziś o „Bike Town” z nieco innych względów. Po pierwsze, dlatego, że niewielkiej grupie osób z pasją udało się stworzyć imprezę o randze Pucharu Świata w mieście trochę zapomnianym, co prawda pięknie pachnącym historią, ale ze względu na swoją aktualną sytuację społeczną i ekonomiczną, niezwykle trudnym do życia. Owa grupa osób z pasją, początkowo bez szczególnego wsparcia sponsorów, zrealizowała projekt, w który mało kto wierzył. Wymyśliła  event mogący śmiało promować miasto. Event atrakcyjny nie tylko dla biorących w nim udział sportowców, ale przede wszystkim dla ogromnej ilości turystów, tych przyjeżdżających do Przemyśla specjalnie na festiwal i tych, którzy trafili na niego przypadkiem.

Po drugie, wspominam o „Bike Town”, traktując go jako pretekst, żeby pokazać niezbyt miły schemat. Chodzi mi o przykre doświadczenie współpracy władz samorządowych ze wspomnianą wyżej grupą zapaleńców. Przykład rowerowy jest o tyle dobry, że dałoby się go zaadaptować niemal do każdego miasta w Polsce, choć schemat ten nie dotyczy tylko rowerów, ale niemal każdej dziedziny życia. Niemal wszędzie w Polsce rowerzyści walczą o udogodnienia w ruchu ulicznym, o miejsca do parkowania,  o kontrapasy czy o w miarę wygodne ścieżki. Jednak niemal w każdym mieście w Polsce jeśli ścieżki rowerowe są budowane, to z reguły takie wyłożone kostką z fazowanymi krawędziami (kto nimi jechał, ten wie, jak obolałym można być po nawet krótkiej przejażdżce), prawie nigdzie nie ma bezpiecznych parkingów rowerowych z prawdziwego zdarzenia, a rowerzyści, ciągle niestety, traktowani są jako zło konieczne w przestrzeniach miast. Nie lubią ich zarówno piesi, jak i kierowcy samochodów. Nie lubią ich też samorządowcy, dla których największym rowerowym dobrem są kilometry rekreacyjnych ścieżek rowerowych wykazywane w unijnych wskaźnikach, a nie realne udogodnienia w ruchu miejskim. Dlatego np. dopraszanie się o likwidację zbyt wysokich krawężników zazwyczaj kwitują stwierdzeniem „niektórym to nikt nie dogodzi”, tak jakby rower miał być tylko narzędziem spacerowym, a nie pojazdem, który może rozładować korki, czy problem z miejscami parkingowymi w centrach miast.

Samorządy — a mówię tu zarówno o doświadczeniach mojej działalności w sektorze NGO w Przemyślu, jak i o spotkaniach z innymi aktywistami — niechętnie korzystają z fachowej wiedzy, doświadczenia i zapału ludzi z pasją. Dostrzegają potencjał w partnerstwie przy organizacji imprezy, która okazuje się wspaniałym sukcesem, ale nie wykorzystują darmowego potencjału, który drzemie w pasjonatach (choćby jej organizatorach). I dlatego mamy w pięknym Przemyślu „Bike Town”, funkcjonujący dzięki wielkiej determinacji i poświęceniu paru osób. Ale rowery już, niestety, na imprezę w Rynku dojeżdżają tylko te terenowe, inne poddają się na zbyt wysokich krawężnikach.

Lila Kalinowska
poczta@lilakalinowska.pl

autor fot Przemo Kita

Tagi: , ,

Galeria

Komentarze