Kurica nie ptica…

Ziemioobiecanin w Rzeszowie
Marcin Szewczyk
Zobacz galerię gallery

Dawne powiedzenie funkcjonujące na obszarze zachodnich republik ZSRR, że tak jak kura nie jest ptakiem, tak Polska nie jest zagranicą, daje się bez problemu przyłożyć do Lwowa w relacji do reszty Ukrainy.

 

Nie znaczy to co prawda, że Lwów nie jest ukraiński. Jest i takim w ramach stabilności politycznej powinien pozostać. Podobnie jak Wrocław, a co dziwniejsze — także Kotlina Kłodzka są polskie, a Cluj-Napoca jest rumuńskie a nie węgierskie.

 

 

Zatem byłem na Ukrainie we Lwowie. Krótko i przed długołikendowym najazdem Polaków na Lwów. Pomimo tego nie dało się uniknąć polskich wycieczek, łatwo rozpoznawalnych nie tylko ze względu na turystyczne umundurowanie (sandały nieco zanikają!), ale także z powodu pięknej, głośnej polskiej mowy, jakże różnej od równie głośnego tła ukraińskiej ulicy. Zresztą jak mówili miejscowi – Polaków we Lwowie zawsze jest dużo. Podobnie zresztą jak Rosjan, którzy jednak częściej niż Polacy, po prostu we Lwowie mieszkają.

 

 

Po utracie Krymu przez Ukrainę, Lwów pozostaje ostatnim z dwóch prezentów jakie Stalin dał Ukrainie. Oczywiście należy pamiętać, że Lwów Polska dostała w spadku, a wcześniej należał do Rusi, do której dziedzictwa przyznaje się Ukraina. Pewne rozwiązanie dylematu, jaki to rodzi, przyjęli potomkowie Polaków, którzy nie opuścili Lwowa gdy stał się miastem ZSRR. Część z nich mówi że jest z Galicji.

Jednak pozostawiając historyczne dyskusje, trzeba przyznać, że Lwów jest kulturalnym i kulturowym centrum Ukrainy. Jeśli oddaje w tym zakresie palmę pierwszeństwa innym miastom, to niewątpliwie i tak jest stolicą Ukrainy Zachodniej. A skoro Ukraina Zachodnia, to nie sposób nie przywołać jednego z ukraińskich bohaterów tych ziem – Bandery. Dla Polaków jest zbrodniarzem, zatem problematyczne są jakiekolwiek pozytywne odniesienia do niego – choćby w ukraińskiej rzeczywistości. A z tymi można się zetknąć tuż za granicą. Czarno czerwone flagi towarzyszą w wielu miejscach pamięci fladze i herbowi Ukrainy. Podobny stosunek do Bandery jak Polacy, mają także Rosjanie. Bandera był bowiem ukraińskim nacjonalistą, walczącym zarówno z dominacją polską, jak i sowiecką. A tak już w rzeczywistości politycznej sąsiadujących ze sobą państw jest, że bohater jednego narodu jest dla innych zbrodniarzem. Tym bardziej w rzeczywistości państwa, które dopiero odtwarza swoja państwowość. Wystarczy zapytać na Ukrainie o Piłsudskiego. Trzeba tu także odnieść się do określanie nacjonalista powtarzanego przez Ukraińców i to zawsze (na Ukrainie Zachodniej) w pozytywnym kontekście. W tym przypadku nasze języki bardzo się rozeszły semantycznie. Odpowiednikiem nacjonalisty nie będzie tak samo brzmiący polski wyraz, a raczej patriota. Niestety bliskość języków słowiańskich może prowadzić do znaczących nieporozumień. Podobnie – choć w zupełnie innym kontekście tematycznym – jak w przypadku mówienia w Czechach szukam szczotki.

Powracając jednak do Lwowa. Przez ostatnie kilkanaście lat bywałem na Ukrainie – także na wschodzie i południu, jednak w samym Lwowie byłem naprawdę dawno. I to co można powiedzieć o tym mieście, to że jego centrum bardzo się zmieniło i to w sposób bardzo atrakcyjny z punktu widzenia spędzania w nim czasu. Kilkanaście lat temu trudno było znaleźć w plątaninie uliczek centrum miasta miejsca, w których można by za niewygórowaną cenę coś zjeść. Nie było także miejsc, w których można by spędzić wieczorny czas ze znajomymi, z muzyką w tle i czymś atrakcyjnym do picia. Najlepszym przykładem tej zmiany jest ulica Starojewrejska. Dochodząc kiedyś do miejsca „po” synagodze, szło się przez zniszczoną i ciemną uliczkę a na miejscu synagogi było jedynie nieuporządkowane rumowisko odwiedzane przez miejscowych odpowiedników polskich meneli. Szedłem tam wówczas z lękiem. Obecnie na miejscu synagogi jest zadbany skwer z tablicami informacyjnymi a Satrojewrejska na całej swej długości stała się niemalże deptakiem, na którym kafejki sąsiadują z winiarniami, a lunch bary z pubami. Zmiana wręcz niesamowita i nie dotyczy wyłącznie tej ulicy. Pomiędzy licznymi jasno oświetlonymi ogródkami snuje się modnie ubrana młodzież, często z kieliszkami wina lub kubkami kawy w dłoni, gdzieniegdzie rozchodzą się typowo amsterdamskie zapachy, a dawna wizja szarego i smutnego centrum Lwowa niknie szybko w mrokach niepamięci. Jeśli do tego dodamy spadek wartości hrywny w stosunku do złotówki, to centrum Lwowa staje się idealnym miejscem na spędzenie wieczoru. Każdy może sprawdzić. Na odległość. Street View prawdę ci powie.

 

 

Brakowało mi bardzo beczkowozów z kwasem chlebowym, które stały kiedyś niemalże wszędzie. Zniknęły ze względu na przepisy sanitarne. Ponoć jednak wracają i latem stoją na ulicach Lwowa oraz innych ukraińskich miast i wsi. Oczywiście już czyste i zdezynfekowane. Czekam w Polsce na huczny powrót saturatorów.

 

 

Jednak nie całe centrum wciąż odnawianego Lwowa jest tak nowoczesne, odrestaurowane i zachodnie. Niezmienione pozostały całe kwartały kamienic, ogrodzone rumowiska są wciśnięte pomiędzy budynki, a głębokie i piętrowe podwórka wciąż nie zmieniły swojego wyglądu. Podobnie nie zmienił się Lwów poza samym centrum. Osiedla i blokowiska są dalej takie, jakie były. Trzeba pojechać i zobaczyć, wyszedłszy poza tradycyjne polskie trasy turystyczne.

 

 

Podobnie jest poza miastem. Ukraińskie drogi (także we Lwowie) dalej potrafią zaskoczyć w niejednym miejscu, a o regularnym odmalowywaniu pasów na ulicach można zapomnieć, przez co ronda i skrzyżowania wyglądaj po prostu jak place nieprzeznaczone do ruchu samochodowego.

 

 

Jednak Lwów, jak i cała Ukrain powoli się zmienia. Pomimo wojny, pomimo utraty Krymu, pomimo problemów gospodarczych i politycznych i bardzo niekorzystnego położenia geopolitycznego. Choć Polska pod tym ostatnim względem nie ma o wiele lepiej.

Mamy jednak o wiele lepiej dzięki wysiłkowi jaki został podjęty przez społeczeństwo polskie w latach 90. XX wieku. Na Ukrainie do tego nie doszło. Dlatego teraz jest tam co najmniej tak jak u nas 25 lat temu. Zabrakło im pewnej wizji członkostwa w Unii Europejskiej, zabrakło im pomysłów Balcerowicza, których nienawidziliśmy, bo obiecywały, że dopiero za 20 lat będzie lepiej, a my chcieliśmy już. I to „już” się sprawdziło. Zadziałało. Na Ukrainie nie miało co zadziałać.

Skutkuje to na przykład tym, że „pełna” kolacja w restauracji we Lwowie kosztuje około 40 zł. Dla nas to dobra cena, powiedzmy około 1,5% przeciętnego wynagrodzenia netto. Dla Ukraińców to 10% pensji. Papierosy na Ukrainie są bardzo tanie – około 4 zł, ale zarobki niższe co najmniej 6-krotnie. Benzyna jest tańsza o złotówkę – świetnie, jednak przeliczając na złotówki w relacji do średnich zarobków, wychodzi tak jak gdyby za jedne litr benzyny trzeba było zapłacić 21 zł.

Dla Ukrainy jesteśmy Zachodem. Polska to państwo porządku, demokracji, czystych i równych ulic, oświetlonych skrzyżowań, wysokich zarobków, ładu, perspektyw. Polska to dla Ukrainy słowiański kraj, któremu się udało, do którego – jak my kiedyś do Niemiec – jeździ się pracować, żebym móc u siebie żyć.

Biedna Ukraina. Brawo Polska?

 

Tagi: , , , , , , , ,

Galeria

Komentarze