Kamieniem go! Albo szczotką…

Ziemioobiecanin w Rzeszowie
Marcin Szewczyk

Jakaś szansa się pojawia. Może za kilka lat uda się zrealizować w Rzeszowie to, co łączy ze sobą i kamień i szczotkę. I wcale nie chodzi tu o słodkiego i głupkowatego choć skutecznego Makka Pakka (nie podejmują się tego prawidłowo odmienić), który w „Dobranocnym ogrodzie” myje kamienie. To coś normalniejszego, choć dla wielu osób pozostaje bezsprzecznie jednym z najdziwniejszych sportów. Curling.

 

Po raz pierwszy od kilkunastu lat w końcu gdzieś na odległym horyzoncie i z jakąkolwiek nadzieją jest szansa na to, że być może curling w Rzeszowie zaistnieje. Choćby na chwilę. Choćby raz. Nadzieja ta kiełkuje w związku z tym, że w końcu w mieście wojewódzkim Podkarpacia ma być sztuczne kryte lodowisko. A to jest konieczne do tego aby ten sport miał szansę gdzieś zaistnieć.

Curling curlingiem, ale o co w tym chodzi? W sumie zasady są proste. Dwie drużyny. Każda ma 8 kamieni oznaczonych dla odróżnienia kolorem. Wypuszcza się je naprzemiennie. Celem jest umieszczenie jak największej ich liczby jak najbliżej środka koncentrycznych okręgów na końcu toru. Kamień trzeba wypuścić ślizgiem, z odpowiednią siłą, z odpowiednim podkręceniem i w odpowiednim kierunku. Do tego oczywiście szczotkowanie. Jest po to, aby poprzez zmianę przyczepności lodu zmodyfikować tor sunięcia kamienia po lodzie i dodatkowo aby zwiększyć dystans na jaki dociera. Wydaje się to proste, jednak tor ma długość 44 metrów, a kamień waży około 19 kilogramów.

 

 

I właściwie to wszystko, choć np. profesjonalne przygotowanie lodu do gry może zając i trzy dni, a szczegółowych zasad jest o wiele więcej. Jedną z nich jest to, że do curlingu prawie nie potrzeba sędziów. To dlatego, że w curlingu jest tylko jedna rzecz ważniejsza od wygranej – przestrzeganie zasad fair play. Ze względu na ogromne znaczenie taktyki, curling bywa nazywany szachami na lodzie.

W Polsce dyscyplina nie jest bardzo popularna. Klubów curlingowych w Polsce jest niewiele, a „czuwa” nad nimi Polski Związek Curlingu.

 

Choć jeśli oceniać popularność tego sportu, i brać pod uwagę nie kilkuset polskich zawodników i puste zazwyczaj trybuny, a oglądalność transmisji na Eurosporcie, to jesteśmy wręcz potęgą. Pytanie „o co chodzi?” zadawali sobie szkoccy (bodajże) komentatorzy podczas mistrzostw świata w curlingu kilka lat temu, widząc słupki oglądalności. Z Polski nie startowała wówczas żadna drużyna, ale w odbiorze transmisji byliśmy w czołówce.

 

Dla mnie wszystko zaczęło się od sierpniowego wieczoru w 2004 roku, kiedy zadzwonił ówczesny dyrektor biura AZS Łódź i zapytał czy chcę za tydzień zagrać w mistrzostwach Polski w curlingu. Choć nie wiedziałem nawet, że w Polsce curling jest, to oczywiście chciałem. Bo czemu nie? To na lodowisku w Krynicy pierwszy raz zetknąłem się z kamieniami, ze szczotkami, z curlingowym duchem sportu. Choć wszyscy z Łodzi graliśmy pierwszy raz NIE zajęliśmy ostatniego miejsca. Ktoś czuwał nad neofitami.

Potem wypadało kontynuować w Łodzi. I kontynuowaliśmy. Czasem bez kamieni (ich komplet kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych), bez profesjonalnych szczotek, bez wytyczonych na lodzie torów. Dało się. Zresztą nie tylko my tak trenowaliśmy, bo na początku i inne ośrodki borykały się z brakiem wszystkiego. Gorzej było kiedy nie było dostępu do lodowiska, bo miasto było słabo zainteresowane, a koszt wynajmu całego lodowiska przez dziesięć osób jest jednostkowo bolesny. Raz nawet podczas negocjacji cenowych usłyszeliśmy, że powinniśmy grać w futbol, bo jest tańsza i wystarczy piłka i kawałek murawy…

Z czasem udawało się więcej osiągać podczas zawodów, zorganizować kilka poważnych curlingowych imprez, zdobyć dla klubu kamienie, kupić profesjonalne szczotki, kilka osób z naszego grona zostało instruktorami i/lub sędziami curlingu i Łódź stała się ostatecznie ważnym ośrodkiem tego sportu w Polsce. Obecnie realizowana jest prywatna inwestycja, która zmieni wizerunek polskiego curlingu. Pierwsza profesjonalna hala curlingowa w Polsce.

 

A jak jest z curlingiem na Podkarpaciu? W sumie nijak. Raz (a może dwa?) odbyły się gościnnie zawody na bardzo przyjaznym lodowisku w Dębicy, jednak nie wzbudziły zainteresowania mieszkańców, więc nawet jedna drużyna na miejscu nie powstała. Przez jakiś czas Sanok gościł kolejne zawody curlingowe. Do czasu kiedy sędzia hokejowy nadzorujący mający odbyć się następnego dnia mecz hokejowy nie zobaczył lodowiska z dodatkowo wymalowanymi torami curlingowymi.  Ogłosił, że lodowisko jest nieprzygotowane, co równa się z walkowerem oddanym przez gospodarzy. Teraz to strach powiedzieć w Sanoku, że się gra w curling. Kibice hokeja są twardzi.

 

Rodzi się zatem nadzieja. Jeśli w Rzeszowie będzie w końcu kryte lodowisko, to może uda się… No właśnie. Tu pojawia się długa lista tego, co musi się udać. Zapaleńców, którzy po pierwszej próbie zakochają się w pchaniu „czajników” po ludzie i szczotkowaniu na pewno się znajdzie. Jako jedyny na Podkarpaciu instruktor curlingu mogę treningi czasem poprowadzić. Nawet kamienie udałoby się zapewne kilka razy wypożyczyć, a może i z czasem zdobyć na stałe. Jeśli jednak opór dysponenta lodowiska będzie – jak kiedyś w Łodzi – nie do przełamania, jeśli nie uda się namówić „miasta” na wsparcie, pomoc, życzliwość… To będzie ciężko. Ja jednak liczę na Rzeszów.

Ideałem byłoby wytyczenie na stałe z boku lodowiska specjalnego toru. Nie przeszkadzałby. Takie skromne miejsce gdzie można by cierpliwie jak Makka Pakka poświęcić się czasem pasji związanej z kamieniami i szczotkowaniem.

 

Tagi: , , , , , ,

Komentarze