Się Unia wkurzyła

Ziemioobiecanin w Rzeszowie
Marcin Szewczyk
Zobacz galerię gallery

Jak to Unia się wkurza. Powoli i horyzontalnie. I łagodnie w sumie.

Ale co to niby dla nas znaczy?

Bo to że jest jakaś biała księga Unii Europejskiej, to prawie nikomu nic nie mówi.

 

Nie wkurzyła się na nas (Polaków, Polskę, polską partię czy cokolwiek naszego), choć się do tego coś co polskie przyczyniło. Zdenerwowała się na siebie samą. Siebie, czyli na wszystkie rządy państw członkowskich, i swoich obywateli (czyli jednak także nas).
Reakcję Unii wywołało rozdmuchiwanie jej nieradzenia sobie z migrantami, brak jedności, antyunijni europarlametarzyści, państwa które z większościowego punktu widzenia odchodzą od jej wartości, niezgoda, populizm, brak konsekwencji, absurdalne wzmaganie się artykułowania interesów narodowych, brak jedności i solidarności i wiele innych społecznych i ekonomicznych absurdów.

I to my zdecydujemy jak z tego unijnego wkurzenia wybrniemy.
Mówiła o tym jedna z dużych głów w Unii, przypominając że Unia to nie tylko instytucje i Bruksela (jak wiem mało kto lubi brukselkę, a Bruksela się z nią kojarzy), ale także jej państwa członkowskie. A państwa reprezentują ci, których obywatele (lud jak dawniej mówiono) wybiorą.

 

 

Jak będziemy decydować?

Bo na razie nic nie jest przesądzone i jak ktoś mówi, że NA PEWNO będzie Europa dwóch prędkości, to chyba się po prostu nie zna. Albo nas wkręca.

No to nie tylko przez nasze lokalne i nielokalne wybory samorządowe, prezydenckie i parlamentarne, ale także bezpośrednio — przez wybory do Parlamentu Europejskiego.
To mogą się okazać najważniejsze wybory do tej instytucji w historii Unii (choć mam wrażenie, że o każdych tak mówią). Może w końcu ktoś u nas na te wybory w końcu pójdzie.
Ale na to jest jeszcze czas. One są jakoś w 2019 roku.

Swoją drogą — ciekawe ile kobiet zagłosuje na Korwin-Mikkego. Zawsze mnie to fascynowało, ale po tym kiedy zobaczyłem jak dwie młode — początkowo bardzo nieufne — redaktorki pod koniec rozmowy z Korwin-Mikkem na hasło “Przecież nie potrzebujecie prawa do głosowania”  ochoczo kiwały głowami, wierzę że on ma charyzmę bezpośrednią. A jak nie, to nadprodukcję dominujących feromonów.

 

Wracając jednak do samego wyboru.
Proste pytanie — czego chcemy i czego oczekujemy?

Możliwości — przedstawionych oficjalnie i hucznie (ale chyba tylko w unijnych gmaszyskach) jest 5.

1.
Nic się nie zmienia.
Znaczy prawie nic, ale w typowym tempie unijnym wprowadzane by były powolne reformy i wszystko szło by spokojnym ewolucyjnym torem.
Mi by to zupełnie nie przeszkadzało, ale większość obywateli Unii (trochę tak jak przed jej ustanowieniem) jest rozczarowana i znudzona.
No miał być raj, a jest tylko tak jak wczoraj (kto by zwracał uwagę na to, że jest inaczej niż 20 lat temu? Starcy jacyś co życia nie znają!). No i inni maja lepiej. To my też chcemy. I chcemy też innych rzeczy. Najlepiej wszystkiego. I żeby u innych nie było nic.
No ten wariant odpada. Zmieniamy.

 

 

5.
Zmianie się wszystko i robimy sobie Stany Zjednoczone Europy.
Hura! Pod warunkiem że prezydent będzie nasz.
Z tym może być problem. Każdy przecież będzie głosował na swojego. I to prawo federalne. Pewnie że to nasi będą o nim decydowali. Ale będą też głosowali inni. I dalej każą mówić, że marchewka jest owocem (to przez Portugalczyków). A my naszej marchewki rodzimej nie oddamy. Warzywo jest to i koniec dyskusji!
No i jeszcze do ważnych śledztw kryminalnych (każdy chyba widział to w filmach) będą przyjeżdżali “federalni” i odbierali NASZYM śledztwo.
Obrzydliwość. Aż tak amerykańscy nie jesteśmy, aby się na to zgodzić.

2.
Zostawmy wolny rynek a resztą won!
Czyli bez powoływania się na wspólne wartości, zaufanie, solidarność. Liczy się tylko kasa, brak ceł i opłat ukrytych.
No to by znaczyło przyznać, że Europa nie ma żadnych wspólnych wartości poza pieniądzem i PKB.
Wygodne ale smutne bardzo.
Ale za to jaka wolność robienia co się chce!
Takie na przykład Chiny. Demokracji zero. Wolność gospodarcza — wysoka. Ale tylko do momentu, kiedy się człowiek komuś ważnemu nie narazi. Ja nie chcę. Ale to znowu ja. Znam takich, którzy to lubią. Może znają kogoś ważnego? Ja nie znam.
Pewnie, że wolny przejazd i pobyt za granicą zacząłby się wiązać tylko z pracą, bo padłoby obywatelstwo Unii. Ale komu tam zależy na otwartych granicach.
W końcu kontrole na granicach albo wizy nawet (no bo skoro brak wspólnych wartości) to nic strasznego. Tyle państw to ma…

3–4.
Tu chyba będą warianty pośrednie, to warto o tym razem.
Nie w każdej dziedzinie, nie każde państwo, trochę będzie można wybrać z karty dań co się chce i każde państwo wejdzie w to co zechce i tak intensywnie jak chce.
A to super.
To my dziękujemy za bycie w czołówce i bierzemy:
— swobodę pracy gdzie chcemy
— swobodę przejeżdżania przez granice
— fundusze na rolnictwo
— wszystkie inne fundusze
siedzibę Frontex w Warszawie.
Czyli nie wchodzimy głęboko ale fajnie.
No i dobrze, ale w takiej sytuacji nie będziemy mieli wpływu na wspólne decyzję jako za mało zaangażowani.
I okaże się, że zakazu pracy dla Polaków nie wprowadziły tylko Węgry i Bułgaria, jechać nie ma po co gdzieś bo za drogo (nie chcieliśmy euro — a właściwie dlaczego nie chcieliśmy? Przecież na każdej naszej monecie może być po prostu nasz nie-orzeł i dalej możemy na to mówić złotówka — nikt nie zakaże, a mogłoby być bardziej stabilnie), roczne dopłaty dla rolników ustalili na 2 euro, inne fundusze dotyczą promocji wspólnych (nie naszych!) wartości, a Frontex nie słucha polskiego rządu…
To może jednak zostać dalej ważnym graczem z którym się liczą jak było niemalże (a na pewno wzrastająco) począwszy od zakończenia naszych negocjacji członkowskich?
Musielibyśmy być politycznie przewidywalni, niepopulistyczni, umiejący negocjować (kompromis i coś za coś), stabilni politycznie…
Dochodzenie do zgody z innymi to spotkanie w pół drogi. Tak aby obie strony były zadowolone. A nie żeby obie były równie NIEzadowolone.

 

Oczywiście poza tym, że pogłosujemy kilka razy, branie pod uwagę naszej polskiej (a zatem zawsze jednie słusznej) opinii będzie uzależnione od naszych porozumień i negocjacji z innymi państwami Europy (nie USA).
Posłuchają nas jeśli pokażemy im, że mogą z nami zyskać. A nie że będziemy chcieli tylko dostawać i brać.
Bo w Unii trzeba się dogadywać. Na razie się nam udawało.

 

 

Dla mnie Unia to taka leżąca gdzieś w Klondike spółdzielnia 28 (albo mniej albo więcej — bez znaczenia, bo założyło ją w końcu zaledwie 15 państw) poszukiwaczy złota. Mają wspólną działkę. Muszą się porozumieć grupkami czy kopać razem, czy osobno, kto komu pożyczy łopatę, z kim nie warto pracować, bo oszukuje przy ważeniu złota, kto ma słabe kilofy, kto się nigdy nie myje, a kto bije żonę.

 


I wielką wartość ma na przykład taki ktoś, kto nie ma właściwie nic, dopiero niedawno dołączył, ale za to ma wielki zapał, wiarą w sukces, stara się, jest wytrwały i uczciwy, często się uśmiecha, jest życzliwy, nie pluje na podłogę i może nie znajduje często dużych kawałków złota, ale za to codziennie wykopuje coś drobnego, bo ma szczęście.

Z kimś takim warto współpracować i dzielić się zyskiem.
Bo z tym mrukiem co siedzi w kącie i warczy na wszystkich — na pewno nie.

 

 

Tagi: , , , , , , , ,

Galeria

Komentarze